Duńczycy żyli dotąd w przekonaniu, że mieszkają w najdoskonalszym państwie świata. Tym bardziej dziwią się oskarżeniom miotanym teraz pod ich adresem. Zwłaszcza, że zarzuty zgłaszają przedstawiciele „moralnie niższych” nacji. U wejścia do redakcji duńskiego dziennika „Jyllands Posten” w Kopenhadze wzmocniono środki ostrożności. Gazeta, która opublikowała karykatury Mahometa, powinna mieć się teraz na baczności. Świat muzułmański oszalał z nienawiści. Jednak drzwi budynku pilnuje tylko jeden ochroniarz. Pozwala zagranicznym dziennikarzom wejść do środka, nie zadając żadnych pytań ani nie prosząc o dokumenty. Goście nie muszą nawet przejść przez bramkę z wykrywaczem metalu.
Podczas gdy w krajach arabskich duńskie ambasady stały się przedmiotem zmasowanych ataków, sami Duńczycy nie posiadają się ze zdumienia. Mieszkańcy tego małego skandynawskiego kraju, gdzie od lat panuje modelowa demokracja i prawie nie ma bezrobocia, pytają teraz, jak jedna karykatura Mahometa mogła wywołać taka furię świata islamu. I wciąż nie są w stanie przyznać, że ponoszą za to odpowiedzialność. „Mieszkańcy wszystkich kontynentów dowiedzieli się o istnieniu Dani. Ale nie ma się z czego cieszyć. Dawniej o naszym kraju było cicho i to był dobry znak” – mówi Carsten Jensen, jeden z najwybitniejszych współczesnych pisarzy duńskich. W krótkim czasie Duńczycy przekonali się, że jeden rysunek, opublikowany we wrześniu ubiegłego roku, może spotkać się z odpowiedzią całego świata. Dania, pewna siebie, swojej demokracji i wolności słowa, brutalnie zderzyła się z globalizacją. Zderzenie to okazało się bardzo bolesne. Po jednej stronie barykady stanęła wolność słowa, wartość niemal święta w kraju, gdzie nawet neonaziści mogą wywieszać swastyki na ulicach i mają własną, legalną rozgłośnię radiową. W Niemczech za taką działalność delikwent trafiłby do więzienia. Po drugiej stronie znalazł się Mahomet i miliony muzułmanów, podjudzanych przez swoich przywódców. Wszyscy jak jeden mąż zwrócili się przeciwko małej Danii, porównywanej dziś do Izraela, gdyż tak jak państwo żydowskie stała się obiektem arabskiej nienawiści. Soeren Espersen, poseł Dansk Folkeparti, prawicowej partii populistycznej, wspierającej w parlamencie centroprawicowy rząd, wciąż uważa, że zasada wolności słowa nie powinna być niczym ograniczana. „Nie możemy zmienić naszej konstytucji ani naszego prawa – uzasadnia. – Rząd nie będzie składał przeprosin w imieniu gazety, która zamieściła jakiś tekst czy rysunek. Tak można było postępować w byłej NRD albo w Związku Radzieckim, ale nie tu”. (…)
 |
Carsten Jensen, a wraz z nim inni duńscy pisarze, opublikował w prasie dwa manifesty oskarżające Duńczyków o ukrytą niechęć do cudzoziemców. Na wstępie rozmowy zaznaczył, że sam nie miał nic przeciwko publikacji karykatur Mahometa. Ale zaraz potem dodał: „W tym kraju wolność słowa oznacza również wolność zastraszania mniejszości narodowych. Czytając duński artykuł o Arabach, gdy zamienisz słowo „Arab” na „Żyd”, nie będziesz miał wątpliwości, że jest to tekst antysemicki. Zastraszanie stało się swoistym sportem narodowym. A rząd patrzył na to przychylnym okiem”. W ostatnich latach duńskie władze, przy wsparciu Dansk Folkeparti, zaczęły wprowadzać bardzo restrykcyjną politykę imigracyjną. Poseł Espersen chwali się, że liczba cudzoziemców przyjeżdżających do Danii drastycznie się zmniejszyła. Kiedyś przybywało ich rocznie od 25 do 30 tysięcy. W 2005 roku ta liczba spadła do 3 tysięcy. Przyczyniły się do tego nowe przepisy, utrudniające łączenie rodzin. „Teraz integrowanie imigrantów będzie o wiele łatwiejsze” – tłumaczy Espersen, dumny z praw panujących w jego ojczyźnie. Jego zdaniem „to oburzające, że Arabia Saudyjska usiłuje pouczać jedną z najlepiej rozwiniętych demokracji świata. To tam przecież za złodziejstwo ucina się rękę, seks pozamałżeński karany jest śmiercią, kobiety nie mogą prowadzić samochodu, a wielu ludzi pracuje bez wynagrodzenia jak niewolnicy”. Duma Duńczyków nie bierze się znikąd. We własnym mniemaniu mają oni nie tylko prawdopodobnie najlepsze piwo na świecie, ale także najlepiej urządzone państwo. Ten niewielki naród szczyci się, że żyje w kraju dobrobytu, respektującym swobody obywatelskie i zasadę wolności słowa. Kraj ten jest aż tak bardzo demokratyczny, że sześciokrotnie uczestniczył w referendach europejskich. Gdy Duńczycy zagłosowali przeciwko przyjęciu wspólnej waluty euro, uzasadniali to tak: „Nie ma sensu podporządkowywać się wątpliwej demokracji Brukseli, skoro demokracja duńska funkcjonuje doskonale”.
 |
„Duńczycy to naród narcyzów – ocenia Jensen, który dopatruje się u swoich współobywateli poczucia moralnej wyższości. – W ubiegłych stuleciach przegraliśmy wszystkie wojny. I podobnie jak inne małe państwa powiedzieliśmy sobie: przegraliśmy, ale i tak jesteśmy lepsi. Czuliśmy zdecydowaną przewagę moralną nad naszym przeciwnikiem, czyli Niemcami. W pewnym sensie uważamy się za państwo modelowe. Duński nacjonalizm jest swoistą formą moralizmu. We własnych oczach jesteśmy nacją niewinną i moralnie wyższą. A gdy człowiek jest niewinny, nie ma ochoty zadawać sobie żadnych niewygodnych pytań”. Dopiero teraz duńska demokracja odkrywa, że ma też słabe strony. Duńczycy przyjęli tę wiadomość z niedowierzaniem. Zaczepiony na ulicy Kopenhagi przechodzień na pytanie o karykatury Mahometa i reakcję muzułmanów potrafi powiedzieć tylko jedno: „Nie rozumiem...”. Źródło: artykuł pochodzi z portalu onet.pl fotografie - AP {moscomment}
|